Gry i zabawy na powietrzu: sekularyzacja

Gdybym teraz poleciał w gości do Polski, to nie miałbym pojęcia, w co tam się teraz wypada bawić. Czy jeszcze warto kłócić się o drewniany krzyż przed Pałacem Prezydenckim? Czy lepiej iść z modą i wdać się w najnowszą pyskówę, tę o Jedyną Najprawdziwszą Prawdę na temat Porozumień Sierpniowych?

Sądząc po ilości internetowych komentarzy Obrona Krzyża to było ewidentnie największe polskie wydarzenie kulturalne tegorocznych wakacji. Nic nie zgromadziło większej publiczności. Ani wielodniowe festiwale muzyki pop, ani epickie klęski żywiołowe. Nawet śmiertelne choroby i nagie pośladki lokalnych gwiazd zeszły na drugi plan.

Ale przyznam, że gdybym trafił na Krakowskie Przedmieście to możliwe jest, że znalazłbym się wśród Obrońców Krzyża. Nie dlatego, że Obrońcy są mi jakoś specjalnie bliscy. Przeciwnie, nigdy nie lubiłem ani Krzyża-Polaka, ani Papieża-Polaka, ani Matki Boskiej-Polki. Nie lubiłem nawet Lecha Kaczyńskiego, który jest najnowszym pretekstem stawiania krzyży byle gdzie.

Moje antypolskie antypoglądy antyreligijne – te same od chwili poczęcia i przez kolejne czterdzieści lat – sprawiły, że w Polsce żyłem zawsze w całkiem małej mniejszości. Jeśli nie chodziłem na religię w podstawówce, to tylko ja sam stanowiłem tę pozakatechetyczną mniejszość. Jeśli uważałem pontyfikat Wojtyły za narodową katastrofę, to wyłącznie ja tak uważałem. Jeśli potem nie płakałem po Papieżu, to swojego ateistycznego krzyża musiałem bronić jedynie z garstką obrońców.

Pozostawanie poza Wielką Tłumną Większością o Niespożytej Słuszności Sądów jest więc u mnie zachowaniem nawykowym. Ale jak się jest w Polsce to albo się jest za, albo przeciw. Inne rozwiązania uważane są za niegodne, wręcz zdradzieckie. I dlatego zaraz po przyjeździe do Polski niechybnie trafiłbym między Obrońcow Krzyża. Czy ich lubię, czy nie.

A pisząc poważniej, niespecjalnie wierzę, że społeczny ruch Antyobrońców z Krakowskiego Przedmieścia to rzeczywisty znak sekularyzacji polskiego społeczeństwa. Wątpię, iżby nagle, tego lata, statystyczną większość Polaków zaczął razić krzyż w każdym urzędzie, w każdej szkole, szpitalu i lodówce. Wątpię nawet, żeby istniała podobna większość – gotowa czynnie i systematycznie  popierać sekularyzację – chociażby tylko wśród młodszych i lepiej wykształconych wyborców.

Może wnuki dzisiejszych biskupów doczekają takiej zmiany. Ale sami biskupi moga spać spokojnie do końca swoich dni.

Na marginesie, przeczytałem chyba z tuzin komentarzy zapowiadających nadejście nowej świeckiej ery w życiu Polski. Ale nikt nie zwrócił uwagi na to, że pamiątkowa tablica wmurowana w ścianę Pałacu – ta tablica, zdaje się, miała być urzędowo zatwierdzoną alternatywą dla nazbyt ostentacyjnego symbolu religijnego w postaci drewnianej konstrukcji – też zawierała znak krzyża. Jeśli to miał być sygnał, że nowy prezydent obiera kurs na kompromis i świeckość, to chyba niewiele wiem o sygnałach i kompromisach. Bo dla mnie tablica z krzyżem na miejsce krzyża z tablicą to nie jest żaden kompromis. Ani tym bardziej zmiana w relacjach państwo-kościół.

Dopiero kiedy będzie tak, że w Sejmie znajdzie się partia (choćby i mała) autentycznie gotowa krytykować konkordat, ustawę antyaborcyjną, religię w szkole, czy finansową symbiozę państwa i kleru, dopiero kiedy prasowe komentarze księży i biskupów przestaną być obowiązkowym dodatkiem do każdego, choćby najbłahszego, wydarzenia w Polsce – wtedy może przyznam, że coś się w społecznej świadomości zmienia.

Bardzo chciałbym, żeby taka zmiana nastąpiła. Ale póki co, od układania krzyża z puszek piwa do końca polskiej wersji państwa wyznaniowego droga jeszcze jest bardzo długa i niepewna.

Ale lato się kończy, a krzyż z Krakowskiego Przedmieścia to już niemodny przebój. W Gdańsku rozpoczęło się już nowe widowisko ludowe-plenerowe, które polega na tym, że grupki dawnych działaczy antykomunistycznego podziemia prezentują krótkie scenki rodzajowe z cyklu „Kłopoty z pamięcią”. Jest to rodzaj pantomimy mówionej, tudzież krzyczanej i gwizdanej. Działacze gestem i słowem prezentują, co który zapamiętał (lub zapomniał) na temat strajków w Stoczni w sierpniu 1980.

/hlb/

Opublikowano Oddalenie Dwazero | Otagowano , , , , , , | 14 komentarzy

Internetowa dekomunikacja a cztery prawa Wiio

Profesor Osmo Wiio sformułował niegdyś cztery fundamentalne prawa dotyczące komunikacji międzyludzkiej. Brzmią one mniej więcej tak…

  1. Jeśli komunikacja pomiędzy dwiema osobami może się nie udać, to się na pewno nie uda.
  2. Jeśli wypowiedź jest dwuznaczna, to zostanie zrozumiana w najbardziej destrukcyjny sposób.
  3. Zawsze istnieje ktoś kto lepiej od ciebie wie, co chciałeś powiedzieć.
  4. Im dłuższa wymiana zdań tym trudniej o porozumienie.

Prawa Wiio powstały połowie lat 70tych poprzedniego stulecia. Przyjęło się, że są tylko profesorskim żartem wybitnego badacza komunikacji społecznej. Obecnie przytaczane są jedynie w postaci krótkiej formułki, trochę w stylu Praw Murphy’ego: komunikacja międzyludzka jest niemożliwa, chyba że przez przypadek.

Tymczasem minęły prawie cztery dekady i dzisiaj żyjemy w czasach bezustannej, asynchronicznej komunikacji milionów przypadkowych osób. W czasach internetu. Nawykowa, bezcelowa wymiana myśli z osobami, o których nic albo niewiele wiemy, które są spoza naszego kontekstu, jest dla nas czymś naturalnym. Tak naturalnym jak pogaduszki o pogodzie prowadzone z realnymi sąsiadami.

W naszej epoce postkomunikacji Prawa Wiio mają nowy, głęboki sens. Bo chyba nikt lepiej nie oddał dramatu dwóch (lub więcej) osób pozornie zaangażowanych w internetową wymianę myśli. Zresztą może to nie dramat, ale właśnie komedia. Komedia, która rozgrywa się na milionach blogów i twitów. Na bilionach forów internetowych. W katrylionach wątków i dyskusji. W gąszczu przypadkowych myśli i antymyśli pozostawianych w wirtualnej przestrzeni.

Profesor Wiio przejściowo zajmował się też polityką. Działał w fińskiej Partii Ludowo-Liberalnej (nie mam pojęcia jakie jest oficjalne tłumaczenie nazwy tej partii, niniejsze wymyśliłem sam). Właśnie w drugiej połowie lat 70tych był nawet jej posłem do fińskiego parlamentu. Możliwe jest, że to parlamentarne debaty były dla niego inspiracją do sformułowania Praw.

I niewykluczone, że urok Praw Wiio bierze się właśnie stąd, że pomiędzy tradycyjną dyskusją polityczną a współczesną komunikacją internetową istnieje kolosalne podobieństwo. W obu wypadkach cały proces komunikacji ma doraźny charakter, a emocje są ważniejsze niż precyzja wypowiedzi. Szybka riposta ma wyższą wartość niż trafna analiza cudzych wypowiedzi. Tak jak w każdej debacie politycznej, tak i w internecie rozmówcy są przede wszystkim skoncentrowani na prezentacji samych siebie. Walczą o zaistnienie w dyskusji. O pozycję w grupie dyskutantów. Prezentowane argumenty są mniej ważne.

Co więcej, w debacie politycznej – od zarania dziejów do najostatniejszego posiedzenia dowolnego parlamentu – warunkiem przetrwania dysutantów jako klasy jest formułowanie (przynajmniej od czasu do czasu) wspólnych wniosków. Nie każda debata musi mieć konkluzje, nie każda konkluzja musi rodzić decyzje polityczne, nie każda decyzja potrzebuje debaty. Ale każda polityczna klasa musi czasem pokazać, że jej istnienie ma jakikolwiek inny cel poza samą dyskusją.

Tymczasem, kiedy komunikujemy się w internecie nie musimy stwarzać żadnych pozorów. Nikt nie rozlicza nas z naszych myśli i antymyśli. Nikt nie rozlicza nas, jak i dlaczego wypuszczamy swoje antymyśli z głowy. W internecie istniejemy jako dyskutanci, dlatego że po prostu tam istniejemy. A im bardziej tam istniejemy, tym bardziej niekwestionowane jest nasze internetowe istnienie. W internecie im więcej nas, tym bardziej nas.

Objaśniając odkryte przez siebie prawa komunikacji, Osmo Wiio podał jeszcze jedną zależność, która w internecie jest nawet bardziej oczywista niż przed jego powstaniem. Otóż, za każdym razem kiedy dwie osoby rozmawiają ze sobą, tak naprawdę w komunikacji uczestniczy sześć osob:

  1. Osoba za którą sam siebie uważasz.
  2. Osoba za którą uważasz swojego rozmówcę.
  3. Osoba za którą w twojej opinii ma cię twój rozmówca.
  4. Osoba za którą twój rozmówca siebie uważa.
  5. Osoba za którą twój rozmówca uważa ciebie.
  6. Osoba za którą w jego własnej opinii masz swojego rozmówcę.

I być może kiedy przez sześć pomnożymy ilość internetowych wypowiedzi powstających każdego dnia, dopiero wtedy będziemy wstanie oszacować skalę dekomunikacji, w której uczestniczymy.

/hlb/

Opublikowano Oddalenie Dwazero | Otagowano , , , , , , , , | 18 komentarzy